Phi, pomyśli sobie nie-rodzic. Wielkie halo dostać się na drugi koniec miasta.
Zwłaszcza miasta, w którym jeździ niezliczona ilość autobusów, tramwajów a nawet
"podziemskie metro" (to określenie synalka Jednej Takiej).
Otóż, drodzy
nie-rodzice.
Nie wiem jak to jest w innych miastach czy miasteczkach,
lecz w mieście stołecznym podróż z niemowlęciem w wózku poza obszar własnej
dzielnicy to nie lada wyzwanie. Wyobraźcie sobie bowiem (choć pewnie to trudne
do wyobrażenia) , że w centralnym miejscu Warszawy , gdzie akurat Jedna Taka
potrzebowała się dostać, nie przewidziano, że wpadnie do głowy znaleźć się matce
z dzieckiem w wózku. Tramwaj zatrzymuje się - wysiadasz - z lewej schody do
podziemia, z prawej schody do podziemia - nie ma siły, aby przedostać się na
drugą stronę ulicy - musisz potuptać po tych schodach. No chyba, że jesteś
miejskim gołębiem - wtedy przefruniesz.
Lecz jeśli zapomniałaś akurat
skrzydeł - kombinuj.
Dla osobników z wózkami oraz tych bez skrzydeł windy
nie przewidziano.
Pewną kombinującą Jedna Taka spotkała ostatnio, jak
tarabaniła się z wózkiem po rzeczonych schodach. Zaoferowała nawet pomoc i
DOPIERO wtedy znalazł się w pobliżu dżentelmen, który Jedną Taką w tej pomocy
wyręczył.
Jedna Taka na trudy podróży znalazła
sposób.
Jaki?
Lansik w chustą!
Lansik z chustą umożliwia w
miarę sprawne przemieszczanie się z miejsca na miejsce i ma przy tym wiele
zalet. Po pierwsze - nie trzeba nikogo prosić o pomoc podczas wsiadania do
wysokopodłogowego autobusu. Ponadto nie trzeba nikogo donośnym głosem
przepraszać, aby odsunął się z miejsca przeznaczonego dla wózków. Oprócz tego, z
dzieckiem w chuście stajesz się nagle WIDZIALNA. Tak jak pasażerownie nie
dostrzegają ciężarnych, emerytów oraz rodziców z dziećmi w obu rękach (że aż
trzeba kampanie społeczne robić, aby zaczęli dostrzegać), tak matkę z
niemowlęciem w chuście spostrzeże KAŻDY, ale to absolutnie każdy pasażer. Oraz
przechodzień i kierowca. I ten każdy pasażer nie omieszka potrącić cię i z
troską w głosie wskazać miejsce siedzące. Lub co dziwniejsze ustąpić własnego.
Tego typu lansowanie niesie ze sobą jednak pewne mankamenty. Liczyć się
należy z tym, że wiele osób będzie cię zagadywać (a czy temu dziecku to
wygodnie/ a czy nie wypadnie/ czy się pani nie boi, że się ta chusta rozwiąże) i
pouczać ( że to na pewno niedobre, bo źle wpływa na kręgosłup
dzidziusia).
Wystawione na widok publiczny dziecko sprawia, że ludzie
częściej się uśmiechają i zaczynają gugać z zachwytu.
A kiedy zdarzy Ci
się wśród tłumu przechodniów spotkać Innego Osobnika z Dzieckiem w Chuście -
wymieniacie porozumiewawcze uśmieszki w stylu "witaj w drużynie".
Dość
często też służysz jako doradca chustowy (pani spojrzy czy dobrze zawiązałam/ od
jakiego wieku można tak dziecko nosić/ ja próbwałam, ale mój syn
protestował).
I oprócz tego, że chustonoszenie umożliwia nawiązywanie
międzyludzkich kontaktów, sprawia, że można przy odrobinie szczęścia przyswoić
kilka życiowych prawd.
Takich jak ta zasłyszana ostatnio w tramwaju. Dwie
młode, modnie ubrane, zaspokoiwszy ciekawość, że czy wygodnie, że czy nie
wypadnie i o boże, jaka ona ładna (Nowa, znaczy, a nie matka Nowej) tak oto
podsumowały chustowy lans:
- No tak, wiesz, bo teraz modnie jest dzieci w
takie szale specjalne owijać. One długie są, słyszałaś? Pięć metrów!
-
No, długie, długie. Ale lepiej w szal niż z wózkiem po mieście jeździć. Jak ci
nikt nie chce pomóc.
- No i dlatego, moja droga, KIEDY NIE MASZ SAMOCHODU
NIE POWINNAŚ MIEĆ DZIECI.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz