niedziela, 13 maja 2012

Ula Piechura w miejskiej dżungli.

Phi, pomyśli sobie nie-rodzic. Wielkie halo dostać się na drugi koniec miasta. Zwłaszcza miasta, w którym jeździ niezliczona ilość autobusów, tramwajów a nawet "podziemskie metro" (to określenie synalka Jednej Takiej).

Otóż, drodzy nie-rodzice.

Nie wiem jak to jest w innych miastach czy miasteczkach, lecz w mieście stołecznym podróż z niemowlęciem w wózku poza obszar własnej dzielnicy to nie lada wyzwanie. Wyobraźcie sobie bowiem (choć pewnie to trudne do wyobrażenia) , że w centralnym miejscu Warszawy , gdzie akurat Jedna Taka potrzebowała się dostać, nie przewidziano, że wpadnie do głowy znaleźć się matce z dzieckiem w wózku. Tramwaj zatrzymuje się - wysiadasz - z lewej schody do podziemia, z prawej schody do podziemia - nie ma siły, aby przedostać się na drugą stronę ulicy - musisz potuptać po tych schodach. No chyba, że jesteś miejskim gołębiem - wtedy przefruniesz.

Lecz jeśli zapomniałaś akurat skrzydeł - kombinuj.

Dla osobników z wózkami oraz tych bez skrzydeł windy nie przewidziano.

Pewną kombinującą Jedna Taka spotkała ostatnio, jak tarabaniła się z wózkiem po rzeczonych schodach. Zaoferowała nawet pomoc i DOPIERO wtedy znalazł się w pobliżu dżentelmen, który Jedną Taką w tej pomocy wyręczył.

Jedna Taka na trudy podróży znalazła sposób.

Jaki?

Lansik w chustą!

Lansik z chustą umożliwia w miarę sprawne przemieszczanie się z miejsca na miejsce i ma przy tym wiele zalet. Po pierwsze - nie trzeba nikogo prosić o pomoc podczas wsiadania do wysokopodłogowego autobusu. Ponadto nie trzeba nikogo donośnym głosem przepraszać, aby odsunął się z miejsca przeznaczonego dla wózków. Oprócz tego, z dzieckiem w chuście stajesz się nagle WIDZIALNA. Tak jak pasażerownie nie dostrzegają ciężarnych, emerytów oraz rodziców z dziećmi w obu rękach (że aż trzeba kampanie społeczne robić, aby zaczęli dostrzegać), tak matkę z niemowlęciem w chuście spostrzeże KAŻDY, ale to absolutnie każdy pasażer. Oraz przechodzień i kierowca. I ten każdy pasażer nie omieszka potrącić cię i z troską w głosie wskazać miejsce siedzące. Lub co dziwniejsze ustąpić własnego.

Tego typu lansowanie niesie ze sobą jednak pewne mankamenty. Liczyć się należy z tym, że wiele osób będzie cię zagadywać (a czy temu dziecku to wygodnie/ a czy nie wypadnie/ czy się pani nie boi, że się ta chusta rozwiąże) i pouczać ( że to na pewno niedobre, bo źle wpływa na kręgosłup dzidziusia).

Wystawione na widok publiczny dziecko sprawia, że ludzie częściej się uśmiechają i zaczynają gugać z zachwytu.

A kiedy zdarzy Ci się wśród tłumu przechodniów spotkać Innego Osobnika z Dzieckiem w Chuście - wymieniacie porozumiewawcze uśmieszki w stylu "witaj w drużynie".

Dość często też służysz jako doradca chustowy (pani spojrzy czy dobrze zawiązałam/ od jakiego wieku można tak dziecko nosić/ ja próbwałam, ale mój syn protestował).

I oprócz tego, że chustonoszenie umożliwia nawiązywanie międzyludzkich kontaktów, sprawia, że można przy odrobinie szczęścia przyswoić kilka życiowych prawd.

Takich jak ta zasłyszana ostatnio w tramwaju. Dwie młode, modnie ubrane, zaspokoiwszy ciekawość, że czy wygodnie, że czy nie wypadnie i o boże, jaka ona ładna (Nowa, znaczy, a nie matka Nowej) tak oto podsumowały chustowy lans:

- No tak, wiesz, bo teraz modnie jest dzieci w takie szale specjalne owijać. One długie są, słyszałaś? Pięć metrów!

- No, długie, długie. Ale lepiej w szal niż z wózkiem po mieście jeździć. Jak ci nikt nie chce pomóc.

- No i dlatego, moja droga, KIEDY NIE MASZ SAMOCHODU NIE POWINNAŚ MIEĆ DZIECI.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz